Radom – miasto o bogatej historii przemysłowej, które dziś pozostaje ostatnią ostoją polskiego kaletnictwa. Tak oficjalnie 😉 . Bo to właśnie tu działa ostatnia w Polsce państwowa szkoła, oferująca zawodowe kursy kaletnicze.
We wrześniu 2023 roku rozpoczęłam naukę w tej szkole na kwalifikacji „MOD.02 – Wykonywanie i renowacja wyrobów kaletniczych”, a artykuł ten piszę tuż po ukończeniu kursu. Jest on podsumowaniem dwóch lat nauki, moich odczuć, zdobytych doświadczeń oraz refleksji na temat tego, jak wygląda edukacja zawodowa w Polsce. Jeśli ten temat jest Ci bliski i rozważasz podjęcie nauki na podobnym kursie, mam nadzieję, że moje spostrzeżenia ułatwią Ci podjęcie świadomej decyzji oraz rozwieją ewentualne wątpliwości związane z tą ścieżką kształcenia.
Bierz pod uwagę, że opisuję kurs z własnej perspektywy – nie może być inaczej. Wiem, że inni uczestnicy odbierali go nieco inaczej. Więcej o tym, z jakiego punktu startowałam, zapisując się na kurs, znajdziesz na końcu tekstu.
Gdybym miała krótko podsumować cały kurs, powiedziałabym, że stanowił solidne przygotowanie do egzaminu kaletniczego. Natomiast jeśli komuś zależy bardziej na rozwoju, poszerzaniu wiedzy i nauce tworzenia jakościowych, dopracowanych produktów – niekoniecznie wybrałabym ten kierunek. Więcej na ten temat piszę w podsumowaniu artykułu.
Jest to drugi artykuł z serii, pierwszy znajdziesz tutaj: Zawodowy kurs kaletniczy – jak zdobyć oficjalny tytuł/zawód kaletnika?
Jak wygląda zawodowy kurs kaletniczy?
Zanim przejdę do opisu samych zajęć, warto wspomnieć o kilku kwestiach. Kaletnictwo jest w Polsce wymierającym zawodem. Nie jest to kierunek rozwijany na bieżąco (na poziomie państwowym), nad czym bardzo ubolewam. Porównując tę ofertę edukacyjną z programami zagranicznych szkół i efektami pracy ich kursantów, trudno nie dostrzec ogromnej przepaści.
Większość wiedzy przekazywanej na kursie opiera się na książkach z lat 70. i 80., co niestety było odczuwalne. Oficjalnym założeniem kursu jest przygotowanie do pracy w dużym zakładzie produkcyjnym, a nie – jak to obecnie bywa najczęściej – do prowadzenia samodzielnej działalności rękodzielniczej / rzemieślniczej.
Warto też dodać, że kurs koncentruje się raczej na maszynowym wykonywaniu wyrobów. Szycie ręczne, choć wspomniane, nie było przez nas szczególnie praktykowane – co ma swoje uzasadnienie, ponieważ egzamin praktyczny wymaga szycia na maszynie. Jeśli więc interesuje Cię tradycyjne, ręczne podejście do tego rzemiosła, ten kurs raczej nie będzie dla Ciebie odpowiedni.
Przejdźmy jednak do szczegółów samego kursu. Program obejmował trzy semestry i różnorodne przedmioty – choć granice między nimi często się zacierały. Zacznijmy od przedmiotów teoretycznych. Zarówno zajęcia teoretyczne, jak i praktyczne, odbywały się stacjonarnie.

Przedmioty teoretyczne na zawodowym kursie kaletniczym
BHP – bezpieczeństwo i higiena pracy
Tego przedmiotu raczej nie trzeba szczegółowo wyjaśniać – omawialiśmy na nim podstawowe kwestie związane z bezpieczeństwem pracy w zakładzie kaletniczym. Podstawowa orientacja w tej dziedzinie z pewnością jest przydatna, choć trudno było mi przełożyć tę wiedzę na własne realia pracy.
Niestety, forma zajęć pozostawiała wiele do życzenia – prowadząca głównie odczytywała tekst ze slajdów, po czym pisaliśmy krótki test na ocenę. Na szczęście przedmiot ten pojawił się tylko w pierwszym semestrze.
PiPDG – Podejmowanie i Prowadzenie Działalności Gospodarczej
PiPDG odebrałam podobnie jak BHP – to przedmiot być może potrzebny, ale zdecydowanie niedostosowany do realnych potrzeb kursantów. W praktyce sprowadzał się on głównie do suchych informacji: jak założyć firmę, czym jest biznesplan itp. Gdyby uzupełnić te wykłady o konkretne przepisy czy przykłady „z życia” związane z naszą branżą, całość byłaby znacznie ciekawsza i bardziej użyteczna.
Na szczęście ratunkiem okazali się sami kursanci. Zwłaszcza w pierwszym semestrze, kiedy frekwencja była jeszcze wysoka, tworzyliśmy naprawdę rozgadaną brygadę. Czasami nawet do tego stopnia, że prowadząca miała problem z dojściem do głosu. Te dyskusje bardzo ożywiały i wzbogacały zajęcia, co było naprawdę fajne.
JAZ – język angielski zawodowy
Zajęcia z języka angielskiego zawodowego ograniczyły się do 3-4 dni, podczas których poznawaliśmy podstawowe słownictwo związane z kaletnictwem. Dla osób, które nie miały wcześniej styczności ze słownictwem zawodowym, myślę, że zajęcia były pomocne – ja jak zwykle odczułam spory niedosyt. Prowadząca niestety nie miała wiedzy z zakresu kaletnictwa, więc na sugestie typu: „Wydaje mi się, że na to raczej mówi się tak czy tak” zazwyczaj odpowiadała: „Możliwe”. I na tym kończyła się dyskusja.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno znaleźć nauczyciela języka, który jednocześnie zna się na konkretnej specjalizacji zawodowej. Jednak wiele zależy od podejścia i zaangażowania samego nauczyciela. Zupełnym przeciwieństwem tych doświadczeń były dla mnie zajęcia z języka niemieckiego na kursie krawieckim (w innej szkole). Mimo że od czasów szkolnych miałam dużą niechęć do tego języka, prowadząca była tak sympatyczna, zaangażowana i otwarta na rozmowę, że lekcje te naprawdę sprawiały mi przyjemność!
Technologia, Maszyny, Materiałoznawstwo
Zajęcia z tej grupy przedmiotów wyglądały bardzo podobnie – większość omawianych materiałów opierała się na książkach:
- Kaletnictwo – Józef Wilhelm Christ
- Galanteria ze skóry i tworzyw sztucznych – Stefan Napora
- Materiałoznawstwo skórzane dla technikum – Tadeusz Persz

Dla osób, które wcześniej znały te publikacje, zajęcia raczej nie wnosiły nic nowego. Zwłaszcza że prowadząca czytała materiał ze slajdów, które były po prostu wycinkami z tych książek, a każde pytanie ucinała stwierdzeniem w stylu: „To nie mieści się w zakresie materiału i naszych zajęć”. Dla grupy pasjonatów, którzy nie trafili na kurs przypadkowo, była to gorzka pigułka do przełknięcia.
W ramach zajęć teoretycznych wydarzyły się jednak dwie rzeczy, które zdecydowanie zaliczam na plus.
Po pierwsze, mieliśmy okazję obejrzeć różne próbki skór – i tutaj wielki ukłon w stronę mojego kolegi z roku, bo to on w dużej mierze je dostarczył. Poza „klasykami” mogłam na żywo dotknąć skóry m.in. ze strusia, ryby (z łuskami), rekina czy płaszczki 🤯. I choć absolutnie nie ciągnie mnie do tworzenia torebek z takich skór, zobaczenie ich na żywo było ciekawym doświadczeniem. Pojawiły się też „wegańskie” akcenty – alternatywne wobec skór materiały wykonane z ananasa czy kaktusa. To już bardziej moje klimaty 🙂 .

Drugim ciekawym wydarzeniem była wycieczka do garbarni, o której opowiem później.
Przedmioty praktyczne na zawodowym kursie kaletniczym
Do przedmiotów praktycznych zaliczyłam modelowanie, rysunek zawodowy oraz wszystko, co działo się w pracowni kaletniczej.
Rysunek zawodowy
Rysunek zawodowy miał nas przygotować do sporządzania dokumentacji techniczno-technologicznej. Problem w tym, że obecnie takie dokumentacje bardzo rzadko tworzy się ręcznie. Co więcej, pełna dokumentacja w formie, jakiej się uczyliśmy, jest dziś rzadkością.
Mimo wszystko warto wiedzieć chociaż, jak wygląda taka dokumentacja, jaki pełni cel i co wchodzi w jej skład – nawet jeśli w praktyce zawodowej spotkamy się z jej uproszczoną lub bardziej nowoczesną wersją. Fajnym rozwiązaniem byłoby pokazanie przykładów dokumentacji z prawdziwych zakładów – chociaż jakichś starszych modeli, które nie są już produkowane. Niestety, również w tym przypadku bazowaliśmy wyłącznie na przestarzałych podręcznikach.
Ale wróćmy do naszych zajęć – do rysowania literek o odpowiednim pochyle, kreślenia kółeczek odpowiednio grubą linią i pilnowania, by każda literka miała właściwą wysokość. Czasami naprawdę nie wiedziałam, czy się z tego śmiać, czy płakać. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie spędzanie weekendów jako dorosła osoba.
Oczywiście, poznanie podstaw rysunku technicznego samo w sobie nie było złe – umiejętność czytania takich rysunków może się przydać. Pod koniec kursu mieliśmy bardzo fajne powtórzenie tych zasad z inną prowadzącą i, szczerze mówiąc, jedna lub dwie lekcje takiego omówienia oraz jakieś pojedyncze ćwiczenia byłyby wystarczające. Cała reszta wydawała się nieadekwatna do realiów współczesnej pracy w zawodzie, nie wspominając już o wieku uczestników.

Modelowanie
Na pierwsze zajęcia z modelowania czekałam z niecierpliwością. W końcu był to przedmiot, z którego mogłam wynieść wiedzę przydatną w mojej pracy. Po cichu liczyłam, że znajdę tam odpowiedzi na kilka nurtujących mnie kwestii. Niestety, tak się nie stało.
W moim wyobrażeniu zajęcia z modelowania miały być zajęciami z konstrukcji, czyli nauką tworzenia szablonów na torebki i akcesoria. W rzeczywistości okazały się jednak zajęciami z tworzenia dokumentacji techniczno-technologicznej. Pojawił się co prawda wątek makiet i rysowania wzorników (szablonów), ale skupialiśmy się głównie na tym, jak powinna wyglądać dokumentacja, a nie na tym, jak poprawnie wyrysować szablon konkretnego modelu. Kwestia samego tworzenia szablonów nie została właściwie w ogóle wyjaśniona, a wskazówki udzielane przez prowadzącą były albo zupełnie nieprzydatne, albo wręcz błędne. Myślę jednak, że zagadnienia związane z dokumentacją zostały przedstawione w miarę przejrzyście.

Pierwsze zajęcia wyglądały mniej więcej tak, że mieliśmy wprowadzenie oraz omówienie, z czego składa się dokumentacja i jak powinna wyglądać. Następnie prowadząca pokazała nam etui i powiedziała: „No dobrze, to teraz zróbcie dokumentację do tego wyrobu”. I te zajęcia jeszcze nie były złe, bo temat był dla nas nowy. Kolejne wyglądały jednak podobnie – z tą różnicą, że modele musieliśmy już wymyślać sami, więc każdy po prostu tworzył coraz to nowy stos dokumentów do sprawdzenia.
Wiem, że część osób lubiła te zajęcia (choć „lubiła” to może zbyt mocne słowo). Od jednej z koleżanek usłyszałam: „Przynajmniej tutaj coś robimy”. Poza tym praca w grupie dawała możliwość skonfrontowania własnych pomysłów z innymi, co również miało swoją wartość. Dla mnie chyba największą zaletą tych zajęć było zapoznanie się z tym, jak podręcznikowo powinna wyglądać dokumentacja – nawet jeśli nie są to już do końca aktualne standardy – oraz możliwość obserwowania innych przy pracy i przyglądania się, z jakimi problemami mierzyli się podczas tworzenia wzorników.
Warsztaty – Rozkrój, Montaż
Niewątpliwie najlepszą częścią całej szkoły były zajęcia w pracowni. Było tam szycie, pogaduchy i ogólnie miła, luźna atmosfera – choć przerywana miejscami przekleństwami rzucanymi w eter, wyrażającymi frustrację z poszczególnych etapów danego projektu 😂.
Jak wyglądała pracownia kaletnicza?
Pracownia w szkole była dosyć nieźle wyposażona, choć lata świetności miała już za sobą.
Znajdowało się w niej:
- 7 maszyn cylindrycznych (praworamiennych)
- 2 klasyczne stębnówki, z których w sumie nie korzystaliśmy – służyły jedynie do nawijania nici
- stabilne stoły wraz z podkładami do wycinania i klejenia
- wyciągi do klejenia (które nie działały)
- dwa koniki rymarskie – do szycia ręcznego
- ścieniarka do skór, która działała, ale potrafiła nieźle pokiereszować brzeg elementu, więc w praktyce i tak z niej nie korzystaliśmy
- drobne narzędzia – młotki, noże, nożyczki, linijki itd.
- skóry naturalne oraz materiały syntetyczne
- a także dodatki, przydatne przy szyciu torebek, jak np. zamki, półkola.
Pracownia była wyposażona w minimum tego, co potrzebne. Przykładowo, do maszyn mieliśmy tylko jedną stopkę (półstopkę), nie było tam żadnych prowadników ani dodatkowego osprzętu, który ułatwiałby pracę. Same maszyny również były dość specyficzne – stopki unosiły się dosłownie na 2–3 mm, więc wejście na większe zgrubienia stanowiło dla nich spore wyzwanie. W wielu maszynach nie działało szycie wstecz, więc wszystkie ściegi trzeba było mocować ręcznie. O stolikach powiększających pole pracy – które ułatwiłyby szycie płaskich elementów – można było co najwyżej pomarzyć 🙂. Jednak dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tego typu maszynami, było to mimo wszystko ciekawe doświadczenie. Ja sama miałam spory problem, by odnaleźć się w tej pracowni – po prostu przyzwyczaiłam się do własnych maszyn i narzędzi.
Jeżeli chodzi o materiały i dodatki – szkoła miała w pracowni pewne zasoby, więc osoby, które nie miały własnych materiałów, mogły korzystać z tych dostępnych na miejscu. Były to materiały typowe do ćwiczeń — często ze skazami, niedopasowane kolorystycznie itd. Mimo wszystko stanowiło to spore ułatwienie dla osób, które – tak jak ja – dojeżdżały z daleka pociągiem.

Jak wyglądały zajęcia w pracowni kaletniczej?
Na pierwszych kilku zajęciach mieliśmy krótkie wprowadzenie teoretyczne, po czym przystępowaliśmy do ćwiczeń praktycznych. Ćwiczyliśmy m.in. poprawne krojenie nożem, równe prowadzenie ściegu na maszynie cylindrycznej, podwijanie krawędzi oraz pracę z klejem. Omawialiśmy również profile ścieniania krawędzi i testowaliśmy ścieniarkę na skrawkach. Były to podstawy, które każdy powinien znać.
Później większość zajęć przebiegała już podobnie. Pracowaliśmy nad drobnymi projektami, które najczęściej były zadaniami z minionych egzaminów. Były to proste etui, piórniki, saszetki itp. Projekty bez podszewek i bez wykończonych krawędzi trochę przypominające produkty, które w latach 90. można było zobaczyć na ryneczkach czy giełdach. W sumie wciąż można takie produkty tam znaleźć. Do zadań, zwłaszcza na początku, dostawaliśmy arkusze, abyśmy mogli od razu oswajać się z formą opisu stosowaną na egzaminach.
Na zajęciach drugiego i trzeciego semestru mogliśmy pracować nad własnymi projektami, choć większość raczej wybierała zadania proponowane przez prowadzącą. Najbardziej złożonym projektem, który ukończyłam w tej szkole, był plecak – tym razem wykończony podszewką. Szyłam go jednak trochę po swojemu, opierając się na sprawdzonych przeze mnie technikach, zamiast trzymać się w 100% tego, co proponowano na zajęciach.
Dodatkowe wydarzenia
W ramach szkoły zorganizowane zostały dwa wydarzenia: wycieczka do garbarni oraz dodatkowe warsztaty malowania i tłoczenia skóry. Oba wspominam bardzo pozytywnie.
W garbarni odbyło się krótkie szkolenie, a następnie zwiedzaliśmy zakład, słuchając o przebiegu całego procesu przetwarzania skór do etapu, w którym kaletnik może z nich korzystać. Choć był to dzień wolny od pracy, działanie większości maszyn zostało nam zaprezentowane, co dla mnie było bardzo ciekawe. Mogliśmy też obejrzeć skóry wykończone na różne sposoby – co również było interesujące i trochę rozjaśniło mi to zagadnienie. Cała wycieczka zakończyła się oczywiście przeglądaniem magazynów i zakupami (dla chętnych).
Drugim wydarzeniem były warsztaty prowadzone przez zawodowego szewca, byłą uczestniczkę kursu – Monikę. Były to naprawdę intensywne dwa dni, napakowane wiedzą. Choć początkowo zastanawiałam się, czy chcę uczestniczyć w tych zajęciach (tłoczenie skóry to nie do końca moja bajka), bardzo się cieszę, że pojechałam. Monika to naprawdę fantastyczna osoba, która świetnie potrafi przekazywać wiedzę i bez problemu odpowiadała na każde nasze pytanie. Gdyby cały kurs kaletniczy tak wyglądał – byłabym w raju 🙂 .
Zakończenie kursu – potwierdzenie kwalifikacji zawodowych
Po zakończeniu kursu zawodowego otrzymuje się ze szkoły zaświadczenie o jego ukończeniu. Aby jednak zdobyć kwalifikacje w zawodzie, należy przystąpić do egzaminu państwowego. Dopiero po jego zdaniu uzyskuje się certyfikat kwalifikacji zawodowej, wydany przez okręgową komisję egzaminacyjną.
Do takiego certyfikatu można otrzymać jeszcze suplement w języku angielskim, potwierdzający kwalifikacje zawodowe. Ma on jednolity format obowiązujący we wszystkich krajach Unii Europejskiej. W tej kwestii pojawiają się sprzeczne informacje – niektóre źródła podają, że suplement wydawany jest automatycznie, inne sugerują, że należy złożyć osobny wniosek. Myślę, że będę chciała uzyskać taki suplement, więc zobaczymy.
Jak oceniam udział w zawodowym kursie kaletniczym?
Zanim przejdę do oceny, chcę opisać, w jakim punkcie się znajdowałam, gdy do niego przystępowałam. To ważne, ponieważ kurs raczej nie był stworzony z myślą o osobach takich jak ja.
Punkt wyjścia
Szyć zaczęłam w 2006 roku, a około 2012 roku mocniej skierowałam swoją uwagę na torebki i akcesoria. Mniej więcej też w tym czasie rozpoczęłam edukację w zakresie tworzenia szablonów. Od 2016 roku zajmuję się tworzeniem torebek zawodowo – choć nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Rozwijana przeze mnie marka Ardente Design specjalizuje się w opracowywaniu wykrojów oraz tworzeniu kursów szycia torebek i akcesoriów, a obecnie również kursów z zakresu konstrukcji takich produktów. Swoje projekty kieruję głównie do hobbystów oraz jednoosobowych pracowni rękodzielniczych, zajmujących się szyciem torebek z tkanin i materiałów syntetycznych.
Zaczynając kurs, byłam więc naprawdę dobrze obeznana z tworzeniem torebek – szycie, rysowanie szablonów czy opracowywanie technologii wykonania danego modelu nie sprawiało mi problemu, choć nie miałam praktycznego doświadczenia w pracy ze skórą – te zagadnienia znałam jedynie z teorii.
O tym, że do szkoły miałam ponad 400 km, już wspominałam, ale ten fakt również mocno wpłynął na mój odbiór kursu – przede wszystkim ze względu na poświęcony czas (musiałam wyjeżdżać już w piątek, a wracałam w niedzielę późnym wieczorem lub w nocy) oraz koszty tego przedsięwzięcia (każdy wyjazd oznaczał 300–500 zł mniej w portfelu). Na pewno inaczej odbierały go osoby, które szkołę miały blisko swojego miejsca zamieszkania, bo dla nich ta inwestycja czasu i pieniędzy była mniejsza.
Czego chciałam się dowiedzieć na kursie?
Zapisując się na kurs, nieśmiało wyobrażałam sobie, co chciałabym z niego „wynieść”. Oto niektóre z tych założeń:
- zobaczyć, jak wygląda oficjalna edukacja w tym zawodzie,
- uporządkować swoją wiedzę,
- zobaczyć, jak wygląda praca w większym zakładzie kaletniczym,
- spróbować pracy na różnych maszynach przemysłowych,
- poznać ciekawe techniki szycia, inne od tych, które już znam,
- zobaczyć inne podejście do usztywniania wyrobów, może poznać nowe wkłady, ciekawe produkty itp.,
- poznać różne szyciowe „myki”, ułatwiające i przyspieszające pracę, dające ładne efekty,
- poszerzyć zakres wiedzy o skórach,
- poszerzyć wiedzę z zakresu „chemii” stosowanej przy produkcji wyrobów kaletniczych,
- wykonać kilka projektów ze skóry, by oswoić się z tym materiałem,
- poznać ludzi pasjonujących się szyciem torebek,
- zobaczyć inne podejście do tworzenia szablonów i rozjaśnić sobie kilka kwestii związanych z konstrukcją.
Jak poszło realizowanie tych założeń? Myślę, że częściowo już znasz odpowiedź na to pytanie, ale przyjrzyjmy się temu po kolei:
1. Zobaczyć, jak wygląda oficjalna edukacja w tym zawodzie
Zobaczyłam. Było to ciekawe doświadczenie, ale sama szkoła i jej poziom nieco mnie rozczarowały. Nie jest to do końca winą tej konkretnej placówki, bo to nie szkoła opracowuje i ustala program nauczania, choć z pewnością nauczyciele mają wpływ na sposób prowadzenia zajęć i ich odbiór.
2. Uporządkować swoją wiedzę
Osoby, które są samoukami, często mają takie przeświadczenie, że gdzieś tam za rogiem kryje się tajemna wiedza, którą muszą zdobyć. Że istnieje właściwa ścieżka rozwoju w danej dziedzinie, a one nią nie podążają. Tymczasem prawda jest taka, że taka ścieżka po prostu nie istnieje. Najczęściej poznajemy podstawy, a potem uczymy się poprzez działanie i realizację kolejnych projektów – często w dość chaotyczny, losowy sposób. I w sumie właśnie tak to wyglądało w tej szkole – nauka poprzez projekty.
Poza tym – fajnie jest zweryfikować swoją wiedzę na różnych kursach, to na pewno bywa pomocne. Ukończone kursy dodają pewności siebie. Jednak po wielu latach rozwijania się w danej dziedzinie trudno już liczyć na rewolucję. I każdy kolejny odbyty przeze mnie kurs coraz mocniej mi to uświadamia.
3. Zobaczyć, jak wygląda praca w większym zakładzie kaletniczym
Po cichu liczyłam na to, że szkoła może mieć jakieś kontakty z lokalnymi zakładami i uda się zorganizować wycieczkę, by zobaczyć, jak wygląda organizacja pracy w większej firmie czy szwalni kaletniczej. Pod koniec szkoły sama próbowałam coś w tym kierunku zdziałać, ale niestety nie udało się zgrać terminów. Szkoda, bo uważam takie doświadczenia za bardzo ciekawe i przydatne 🙂 .
4. Spróbować pracy na różnych maszynach przemysłowych
Na kilka miesięcy przed zapisaniem się do szkoły wyposażyłam swoją pracownię w maszynę praworamienną. Przez długi czas miałam problem, żeby ją wyczuć i się z nią „dogadać”, dlatego byłam bardzo ciekawa, jak wygląda praca na innych, podobnych urządzeniach. Miałam nadzieję, że w szkole znajdzie się jakaś klasyczna stębnówka z potrójnym transportem, maszyna słupkowa albo łaciarka – chciałam sprawdzić, jak szyje się na takim sprzęcie. Niestety, dostępne były jedynie maszyny cylindryczne (praworamienne).
Miałam za to okazję przetestować ścieniarkę – zawsze coś, choć na zajęciach korzystaliśmy z niej bardzo rzadko (w moim przypadku właściwie wcale). Raczej dobieraliśmy materiały pod projekt tak, by nie trzeba było z krawędziami pracować.

5. Poznać ciekawe techniki szycia, inne od tych, które już znam
Tutaj jednak mocno się rozczarowałam. Myślę, że na starcie byłam już na dalszym poziomie niż ten, na którym zakończyliśmy naukę. Zapewne, gdyby ktoś chciał, mógłby podczas zajęć próbować tworzyć bardziej zaawansowane modele, a prowadząca na pewno podpowiedziałaby coś w tym zakresie. Jednak nie było to do końca przewidziane w programie zajęć.
6. Zobaczyć inne podejście do usztywniania wyrobów, może poznać nowe wkłady, ciekawe produkty itp.
Temat usztywnień praktycznie nie istniał, co znowu było dla mnie zaskoczeniem. Kilka razy korzystaliśmy z wigofilu, tektury czy pianki poliuretanowej, ale raczej na zasadzie odtwarzania gotowego projektu. Rodzaje usztywnień, ich zastosowanie i funkcje nie były w ogóle omawiane. Raczej skupialiśmy się na doborze odpowiedniego materiału pod projekt.
7. Poznać różne szyciowe „myki”, ułatwiające i przyspieszające pracę, dające ładne efekty
Tego również niestety zabrakło. Osoba prowadząca zajęcia miała co prawda doświadczenie, ale raczej w przemyśle, co różni się jednak od szycia w małej pracowni. Jeżeli ktoś zaczynał od zera, to z pewnością miał się czego uczyć, dla mnie były to raczej podstawy.
8. Poszerzyć zakres wiedzy o skórach
Zważywszy na to, że temat skór znałam wcześniej jedynie z książek i artykułów w Internecie, w tym zakresie rzeczywiście zrobiłam postęp. Bardzo pomocna okazała się wycieczka do garbarni, a przede wszystkim – rozmowy z innymi uczestnikami kursu! Problem polega jednak na tym, że uczestnicy w każdej grupie są różni, więc nie wiadomo, na kogo się trafi.

9. Poszerzyć wiedzę z zakresu „chemii” stosowanej przy produkcji wyrobów kaletniczych
Także w tym przypadku inni kursanci okazali się nieocenionym źródłem praktycznej wiedzy. Dużo wyniosłam również z dwudniowych warsztatów z farbowania i tłoczenia. Gdybym opierała się wyłącznie na zajęciach szkolnych, myślę, że nadal czułabym się mocno zagubiona – choć oczywiście wciąż dopiero raczkuję w tej dziedzinie.
10. Wykonać kilka projektów ze skóry, by oswoić się z tym materiałem
Udało się to zrealizować, choć projekty te były bardzo proste. Techniki, których używaliśmy, nie różniły się znacząco od tych, które stosowałam wcześniej przy szyciu akcesoriów z materiałów syntetycznych. A nawet powiedziałabym, że były znacznie prostsze.
11. Poznać ludzi pasjonujących się szyciem torebek
Ludzie stanowili ogromną wartość tego kursu. Gdyby nie tak świetna ekipa, nie jestem pewna, czy dotrwałabym do końca. Trafiłam do fantastycznej grupy, w której większość osób już szyła. Mieliśmy w grupie osoby szyjące skórzane torebki maszynowo, mieliśmy kaletników (jeszcze bez tytułu 😉 ), którzy tworzyli przepiękne wyroby ręcznie, zawodowych tapicerów, osoby po kursach krawieckich i ogólnie pasjonatów. Co najważniejsze, wszyscy byli niesamowicie otwarci na wymianę wiedzy, co naprawdę nie jest standardem. Dzięki nim ten kurs bez wątpienia sporo zyskał. Bywałam już na kursach, w których jedna osoba potrafiła nieźle popsuć atmosferę, więc bardzo doceniam, jak to tutaj wyglądało.

12. Zobaczyć inne podejście do tworzenia szablonów i rozjaśnić sobie kilka kwestii związanych z konstrukcją
Ta część była dla mnie największym rozczarowaniem, częściowo dlatego, że ta dziedzina jest mi niezwykle bliska. Jedynym plusem jest to, że te emocje przełożyłam na stworzenie własnego kursu konstrukcji torebek i akcesoriów 🙂
Podsumowanie
Tak jak wspominałam na początku, główne odczucie, jakie miałam po ukończeniu kursu jest takie, że przygotowywał on nas przede wszystkim do egzaminu, a nie stricte do pracy w zawodzie. Nie ma sensu omawiać np. aktualnego postępu technologicznego dotyczącego maszyn, produkcji czy materiałów, jeśli te informacje nie mają szans pojawić się na egzaminie. Nie ma też sensu szyć złożonych projektów, skoro na egzaminie wymagane będą drobne akcesoria do wykonania w ciągu 3 godzin.
Zdecydowanie zabrakło mi bardziej praktycznego podejścia. Pierwszy przykład z brzegu – omawianie klejów. Mieliśmy ładne slajdy o właściwościach i chemicznych zawiłościach, ale na dobrą sprawę wciąż nie wiem, w jakich sytuacjach jakiego kleju należy użyć. Bardziej pomocny w tej kwestii był i jest YouTube lub różnego rodzaju grupy krawieckie i kaletnicze.
Zajęcia teoretyczne były w większości dla mnie stratą czasu. Fajnie, że były, bo jednak dzięki temu na bieżąco przerabialiśmy (lub powtarzaliśmy) jakiś materiał, co zaprocentowało na egzaminie. Myślę jednak, że można było je zdecydowanie bardziej skompresować i zachować podobny efekt. W porównaniu do kursów, które odbywałam wcześniej, zajęcia w szkole wydawały mi się strasznie „rozwleczone”. Możliwe jednak, że dla osób, które spotykały się z tymi rzeczami po raz pierwszy, tempo było odpowiednie.
Na pewno duży plus należy się naszej opiekunce. Wiem, że stawała na głowie, by sprostać naszym, niemałym oczekiwaniom. Nie ułatwialiśmy jej pracy, marudziliśmy (ja w szczególności) co niemiara, ale dała z nami radę 😛
Czy żałuję, że zapisałam się na ten kurs? Nie, bo była to ciekawa przygoda, poznałam naprawdę świetnych ludzi, od których sporo się nauczyłam. No i mam nadzieję – zrealizuję swoje marzenie i zdobędę oficjalny tytuł kaletnika (wyniki z egzaminów będą w sierpniu). Nie była to jednak szkoła moich marzeń. Poza tym była to bardzo męcząca fizycznie i psychicznie przeprawa oraz spory wydatek finansowy. Czasami myślę sobie, czy nie lepiej byłoby te pieniądze zainwestować w nowy sprzęt do pracowni i ćwiczyć we własnym zakresie albo zapisać się po prostu na indywidualne kursy do jakiegoś praktykującego kaletnika. Natomiast nie miałabym wtedy oficjalnego papierka i tytułu, a na tym jednak też mi zależało.
Czy drugi raz zapisałabym się na tego typu kurs? Nie wiem. Dużo zależy tutaj od indywidualnej sytuacji – bliskości szkoły, poziomu zaawansowania w danej dziedzinie, opinii o danym kursie i placówce, ilości wolnego czasu itd. Drugi poziom w kaletniczej edukacji – technika – sobie już odpuściłam, bo czułam, że nie jest to kierunek, który mi się do czegoś przyda. Natomiast na drugim roku zapisałam się dodatkowo na zawodowy kurs krawiecki, jednak odbywało się to już na zupełnie innych zasadach. Szkoła znajdowała się w moim mieście, zajęć teoretycznych nie było, bo materiały były udostępniane na platformie, więc poświęcenie kilku godzin co któryś tam weekend nie było dla mnie dużym obciążeniem. Ostatecznie podstawy zawodu na takim kursie można podłapać, dla osób początkujących, które nie mają daleko do szkoły, jest to niezła opcja, choć nie jest to raczej optymalna forma nauki.

Mam nadzieję, że dosyć dobrze nakreśliłam, jak wygląda nauka na zawodowym kursie kaletniczym. A jeżeli masz jeszcze jakieś pytania, śmiało pytaj w komentarzu 😉 .




























Leave a Reply